poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wesołych Świąt!

 
Z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia, Pozytywni pragną złożyć wam równie pozytywne życzenia! Mocy prezentów pod choinką, udanego Sylwestra oraz by 2014. rok był dla Was zupełnie inny i pozytywniejszy niż ten, który już jest praktycznie za nami! Przy okazji dziękujemy, że jest Was już tak dużo i że wciąż odwiedzacie naszego bloga!
 
Wesołych i pozytywnych Świąt!!

niedziela, 22 grudnia 2013

Trine 2


Siemano! Ostatnio jakoś niewiele pisałem i pora to zmienić! Dzisiejszy temat to gra, którą ostatnio pobrałem za pośrednictwem platformy Steam i która od razu zyskała moje uznanie. Mowa tutaj o grze Trine 2.

 
Co mnie urzekło w Trine2? Chyba oryginalność tej gry, choć jest wiele innych aspektów, które czynią tę grę naprawdę świetną produkcją. 6 czerwiec 2013r. to data, w której na platformie Steam pojawił się Trine2. Niedługo potem obniżono jej cenę w ramach jesiennej promocji, a to oczywiście sprawiło ubytek w wolnym miejscu na moim komputerze. O samej grze dowiedziałem się od KozMeeN`a, który grał w pierwszą część. Również on namówił mnie do jej kupna. Początkowo nie byłem jakoś specjalnie zachwycony jej bajkowością widoczną na trailerach. Jednak wszystko się zmieniło kiedy mój kursor znalazł się na przycisku "Graj". Na zwiastunie, który oferuje nam Steam, gra nie wygląda tak zachęcająco jak w trakcie rozgrywki. To wcale nie znaczy, że trailer jest zły. Wręcz przeciwnie. Gra jest po prostu lepsza niż można by się było spodziewać.
Pierwsza rzecz jaka spodobała mi się po uruchomieniu gry, to ogólnie świat jaki w tej grze jest dostępny, czyli świat oryginalny i pełny bajkowości. Rośliny, stworzenia, krainy oraz przeróżne mniej lub bardziej interaktywne obiekty, które oferuje nam Trine2 wyglądają jak po zażyciu sporej dawki LSD. Sama rozgrywka również jest oryginalna. System poruszania się jest jak rodem z Mario Bross. Z tą małą różnicą, że możemy się cofnąć, czy inaczej – pójść w lewo. W grze dostępne są 3 postacie: Mag o imieniu Amadeusz, Rycerz Poncjusz oraz Łuczniczka Zoya. Możemy zmienić je w dowolnym momencie gry o ile dana postać żyje. Ułatwieniem są punkty auto zapisu gdzie martwe postacie wracają do życia oraz odnawia się życie tym, które jeszcze żyją. Rozgrywka kończy się gdy wszystkie 3 postacie zginą. Wtedy zaczynamy od ostatniego zapisu. Każda postać może być ulepszana i ma swoje specjalne cechy. Jednak o tym co najlepsze w tej grze dowiecie się dopiero teraz.
Absolutnie aspektem, który sprawia, że Trine2 jest lepszy niż jego poprzednik, jest dodanie do niego trybu kooperacji. Całość jest sprytnie zgrana i naprawdę  można się przy tym świetnie bawić. Gra polega co prawda po prostu na przechodzeniu kolejnych poziomów, ale jest przywdziana w świetną fabułę, do której producenci dodatkowo wszczepili zastrzyk humoru oraz ogólnego pozytywizmu. Z pewnością ta produkcja jest ciekawa, oryginalna, bajkowa i naprawdę przyjemna więc jeśli chcesz przeżyć kilka niesamowitych przygód w psychodelicznym świecie, to Trine2 jest czymś właśnie dla Ciebie

Koniu

sobota, 21 grudnia 2013

"Skyrim"

Witam. Każdy z nas zapewne zna lub kiedykolwiek słyszał coś na temat "Skyrim".
Nawet osoby nie grające dużo w gry komputerowe, przypadkiem gdzieś w internecie, na przykład na "You Tube" widziały co nieco na temat "The Eler Scrolls V".


Gra przy swoim wejściu na rynek, zrobiła strasznie dużą reklamę. Czy warto było kupić grę wokół której zrobił się taki szum? Czy autorzy podołali wyzwaniu, jakie sami na siebie narzucili? Odpowiedz brzmi: Tak!
Poza świetna grafiką, twórcy gry zapewniają nam niesamowitą dawkę mocnych wrażeń dźwiękowych. Przy starcie rozgrywki jesteśmy świadkami wyborowej oprawy muzycznej. Niesamowitą kreatywność i precyzję można dostrzec już w początkowej fazie. Gdy dowiadujemy się, że jesteśmy niesłusznie skazanym na śmierć więźniem a nawet do końca nie wiem za co. Podobno, jak reszta skazańców chcieliśmy pomóc "Gromowładnym", ludziom, rządzonym przez Ulfrika Gromowładnego, dążącym odzyskania niepodległości, oraz odebraniu swoich ziem z rąk "Cesarstwa". W kolejnej fazie gry możemy wybrać, do której z tych frakcji rzeczywiście chcielibyśmy się przyłączyć. 
Fabuła gry nie jest zbytnio rozbudowana, choć trzeba przyznać jest wciągająca. Gra natomiast bardziej idzie w kierunku osób, lubiących troszkę odejść od fabuły i spróbować swoich sił jako złodziej, członek "Mrocznego Bractwa", jeden z "Towarzyszy", czy mag z "Zimowej Twierdzy". Jeśli popatrzymy na jakość fabuły pobocznej, jest ona bardziej zachęcająca niż sama kampania główna, która choć interesująca, to strasznie krótka.
Możliwość tworzenia własnej postaci, jest kolejną rzeczą zasługującą na szacunek i uznanie. Spośród wielu ras jakie mamy dostępne: Argonianie, Bretoni, Mroczne Elfy, Elfy wysokiego Rodu, Cesarscy, Khajitci, Nordowie, Orki, Redgardzi, Leśne Elfy. Każdą z tych ras możemy edytować na swój własny sposób, zmieniać rozmiar ciała, edytować wyraz twarzy, dobierać kolor skóry, a na dodatek jest to w strasznie fajny sposób wplecione w fabułę i samą rozgrywkę. 
Prastare ruiny, kopalne wymarłych krasnoludów, ogromne lasy i pełno miejsc do zwiedzania i splądrowania dają duże pole do popisu. Pomaga nam w tym oręż, który możemy wytwarzać sami, lub przy pomocy handlarzy, od których zawsze dowiemy się jakiś ciekawych nowinek. Postać możemy więc szkolić nie tylko jako członek jednej z gildii, ale także w kierunku alchemii, kowalstwa. Dodatkowym ułatwieniem, oraz jednocześnie ubarwieniem rozgrywki jest dodanie specjalnych mocy, które są dostępne po przeczytaniu prastarych słów, oraz użyciu duszy zabitego przez nas smoka. Jako "Dovakiin" musimy stawać czoła wielu wyzwaniom jak na przykład: wyżej wymienione smoki, czy smoczy kapłani. 
Ogromne uznanie, dla ogromnej produkcji. Gra ma tylko jeden minus, nad którym producenci już pracują. Chodzi mi o brak możliwości gry multiplayer. 
Nie jestem fanem sagi "The Elder Scrolls", ponieważ "Skyrim" było pierwszą przygodą przebytą przeze mnie, ale na pewno z pozostawiła niesamowity ślad i zachęca mnie do zobaczenia co się działo przedtem, oraz do czekania na to co ma się jeszcze wydarzyć w świecie "The Elder Scrolls" 

KozMeeN 


piątek, 20 grudnia 2013

"Dyktator"

Aladeen Madafaka! Witam wszystkich. Dzisiejszy temat poświęcony będzie filmowi "Dyktator". Ostatnio oglądałem ten film razem z kolegami i powiem wam, że dawno nie widziałem tak śmiesznej komedii. Strasznie przypadła mi do gustu, do tego stopnia, że muzykę z filmu ustawiłem sobie jako dzwonek na SMS'a.



 Sam film jest swojego rodzaju satyrą dzisiejszych władz. Pokazuje nam problem, który na razie jakoś nie jest nagłaśniany, ale istnieje.
Opowiada o władcy rządzącym bez żadnych ograniczeń. Wszystko może, wszystkiego ma pod dostatkiem, poddanych traktuje delikatnie powiedziawszy niesprawiedliwie. Żyje sobie jak młody Bóg, ale jak to zawsze w tego typu filmach bywa, brakuje mu miłości i przyjaciół.
Film jest satyrą, mającą na celu pokazać potęgę państw czerpiących swoje środki z ropy, czy innych surowców, bez których w dzisiejszych czasach nie da się żyć, a państwa te posiadają wystarczająco duże pieniądze, żeby ładnie namieszać na światowym rynku.
Nieograniczona władza jaką posiada Aladeen jest na pewno marzeniem wielu z nas. Fajnie byłoby wcielić się w kogoś kto może robić co mu się żywnie podoba, nie ponosząc z tego powodu żadnych konsekwencji. Ale ile można żyć w takim dostatku samemu?
Film przedstawia przesadnie niektóre sceny, jak na przykład zmiany w języku, co nieco denerwuje poddanych naszego dyktatora, ale jakoś nikomu z nich nie śpieszy się z opublikowaniem swojej opinii o władcy, ponieważ jest on "troszeczkę" negatywnie nastawiony dla osób nie zgadzających się z jego opinią.
Mi się film bardzo podobał, rozbawił. Bardziej traktowałem go jako typową komedię, nie zwracając uwagi na wyżej wymienione sprawy. Patrząc na dawkę humoru jaką oferuje "Dyktator", to była ona dosyć spora. Bardzo dużo ludzi ocenia z góry tego typu filmy jako totalny kicz. Może i tak jest, ale ja, jak już pisałem wcześniej, na przykład przy okazji "Strasznego filmu", lubię pośmiać się z czegoś co jest zabawne, nie patrząc na opinie innych, czy zastanawiając się czy dany film ma sens, czy posiada gust. Dla mnie bardziej liczy się to czy dzięki danej produkcji będę się tarzał ze śmiech po ziemi, czy nie.
Osobiście zachęcam do obejrzenia, może ktoś po poznaniu przygód Aladeen'a podzieli moje znanie, a może uzna film za kicz. Decyzję zostawiam Wam.
Dyktator nauczył mnie jednego, że wjeżdżając na wielbłądzie do Nowego Yorku, można wyglądać kozacko, ale tylko jeśli dookoła nas jedzie tuzin Lamborghini i ma się tak niesamowitą brodę jak Aladeen. Niestety na filmie obywatele stanów nie są zachwyceni postacią Dyktatora, ale na mnie, zapewne wywołałby duże wrażenie.

KozMeeN

czwartek, 19 grudnia 2013

"Miłość"

Elo! Dziś nareszcie odejdziemy od tematu strasznych filmów, w zasadzie odwrócimy wskazówki o sto osiemdziesiąt stopni.
Trochę dziwny temat, nie wydaje wam się? Miłość. Pod tym tytułem mógłbym napisać o niesamowitych chwilach, spędzonych czy to z rodziną, znajomymi, albo o wielu różnych rzeczach bez których nie mógłbym normalnie funkcjonować, w zasadzie o wszystkim co jest dla mnie ważne. Dzisiejszy temat będzie ściśle związany właśnie z takim czymś, bez czego nie potrafiłbym normalnie działać, a mianowicie o muzyce. Jamal - "Miłość"


Jak zwykle po przesłuchaniu albumu pierwszy raz, pomyślałem sobie, że "szału ni ma". Ale powiedziałem sobie cicho w głowie, spokojnie. Nie był to pierwszy przypadek tego typu. Pamiętam swój pierwszy kontakt z Równonocą, który wyglądał dokładnie tak samo. Pierwsza reakcja - słabe, nic specjalnego. W obu tych przypadkach pierwsze wrażenie było błędne. Rzeczywiście, z każdym kolejnym odtwarzanym utworem, płyta wciąga mnie coraz bardziej.
Miałem już kiedyś styczność z Jamalem, może dlatego ta muzyka w ogóle nie pasowała mi do tego wykonawcy. Nie wiem czemu, nie mogłem dać wiary, że to faktycznie ten sam Jamal, który śpiewał takie hity jak "Policeman", "Kiedyś będzie nas więcej" czy "Słowo", które były fantastyczne, ale były bardziej z ulicy, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Czegoś mi w nich brakowało, a na płycie "Miłość" tego się doczekałem. 
Najnowszy krążek jest przeładowany emocjami. Każdy kto wsłuchał się choćby w, najbardziej znany kawałek z tej płyty czyli "Peron", poczuje w jakim klimacie są pozostałe utwory. Można przy nich odlecieć, uspokoić się, pomyśleć. Na płycie nie oczekujcie raczej utworów podobnych do wcześniejszych, wyżej wymienionych. To co teraz stworzył Jamal, jest czymś zupełnie innym a to w jakim klimacie i w jaki sposób zostało przez niego wykonane, moim zdaniem świadczy o tym, że artysta dorasta, w kontekście muzycznym. Istnieje niesamowita różnica pomiędzy Jamalem kiedyś, którego znaliśmy z albumu "Rewolucje" a tym, którego możemy od niedawna poznać za sprawą "Miłości". 
Jamala ceniłem sobie zawsze za jego niesamowite bity. Wystarczyło się wsłuchać troszkę bardziej i ciężko było wyjść z podziwu. Każdy kto wie o czym mówię, teraz musi sobie wyobrazić, że na tej składance bity są, o dziwo, jeszcze lepsze. 
Samo przesłanie albumu i to o czym opowiada jest zawarte w tytule. Całość odwołuje się właśnie to tego jakże ważnego i pięknego słowa. 


"A w środku wiem: mamy tylko miłość"


KozMeeN


środa, 18 grudnia 2013

Outlast

Siema! Dosyć tych filmów! Dzisiaj idę krok w stronę gamerów ponieważ sam nim jestem. Jednak inspiracją do dzisiejszego wpisu znów jest klimat rodem z horroru. Niektórych to może cieszy, innych może mniej, ale po prostu bardzo chciałem napisać o tej grze, grze jaką jest Outlast.


Kanadyjskie studio Red Barrels, któremu zawdzięczamy tę produkcję, odwaliło kawał dobrej roboty. Gra z gatunku survival horror jak najbardziej spełnia swoje zadanie w każdym możliwym aspekcie. Outlast nie tylko straszy, ale również jest świetnie stworzony fabularnie oraz graficznie. Kolejnym powodem, za który muszę pochwalić ową grę jest również oprawa dźwiękowa, która nie tylko jest ważnym elementem gry, ale ośmielę się powiedzieć, że gdyby nie soundtrack, Outlast nie byłby tą samą grą. Grając wcielamy się w postać reportera o nazwisku Miles Upshur i odwiedzamy szpital psychiatryczny „Mount Massive Asylum” w Kolorado. Na początku niewiele wiemy jeśli chodzi o fabułę. Jednak wraz z upływem gry znajdujemy notatki oraz dokumenty, z których poznajemy szerzej fabularną część gry. W szpitalu okazuje się, że pacjenci są co najmniej dziwni. Ale więcej dowiecie się oglądając trailery, gameplay`e lub po prostu grając. W grze jesteśmy totalnie bezbronni. Nie ma opcji ataku, rzucania, podkładania nogi, plucia ani gryzienia. Możemy tylko i wyłącznie uciekać oraz się chować. Jedyną naszą "bronią" jest kamera noktowizyjna dzięki której możemy widzieć w ciemności. Mimo, że w trakcie rozgrywki można od czasu do czasu znaleźć baterie do kamery, to musimy używać jej rozważnie gdyż szybko się one wyczerpują. Dla mnie Outlast jest bardzo ciekawą, dość straszną oraz po prostu dobrą grą. Jeśli kogoś z Was kręci ten klimat, to jest to gra jakiej musi spróbować. Produkcja jest praktycznie świeża na rynku bo jej premiera odbyła się 4 września tego roku. Chwała, że platforma Steam oferuje nam Outlasta w swoim sklepie. Osobiście pierwszy raz zobaczyłem tę grę na kanale znanego gamera oraz youtubera - PewDiePie`a. Od początku ta koncepcja mi się spodobała za co Red Barrels, ma moje szczere uznanie. Przerażający, obłąkani pacjenci wgryźli się w moją głowę i zostaną przeze mnie zapamiętani na długi, długi czas. A Ty myślisz, że jesteś odważny? Jeśli tak to kupuj Outlast`a, zacznij grać i spróbuj przetrwać nie stając się jednym z obłąkanych pacjentów szpitala psychiatrycznego, spróbuj przeżyć i nie stać się potworem, jednym z nich...

Koniu

wtorek, 17 grudnia 2013

Kevin!


Siema! Dzisiaj dalej będę czepiał się filmów, choć ostatnio często poruszamy filmowe wątki. Szukając natchnienia na dzisiejszy wpis myślałem o dzisiejszym dniu i wpadło mi do głowy, że dzisiaj po raz pierwszy poczułem w tym roku atmosferę świąt. Pomyślałem, że jeśli święta to tylko z Kevinem więc dzisiaj w pozytywnych, krótka pogadanka na właśnie jego temat!


Święta są dla większości z nas czasem odpoczynku i relaksu, spędzania czasu z rodziną, znajomymi, kojarzone są z magiczną atmosferą i powietrzem wypełnionym miłością. Jednak ten przestraszony chłopiec z powyższego obrazka stał się w Polsce niemal symbolem świąt. Czymże byłyby święta gdyby Polsat nie puścił nam wesołych przygód Kevina pomiędzy nawałnicą reklam? Kevin opowiada o chłopcu, którego rodzina wyjeżdż... Haha! Nie róbmy sobie żartów! Każdy zna jego przygody lepiej niż własną kieszeń. Z tego też powodu nie mam pojęcia czy dzisiejszy wpis traktować jako recenzję filmu, czy też może serialu. Keviem jesteśmy szprycowani już od długich lat i co roku widzimy w gazetach te same tytuły, czyli "Kevin sam w domu" i "Kevin sam w Nowym Jorku". Prawda jest taka, że wszyscy znamy to na pamięć, mamy tego dość, nie chcemy tego oraz bezapelacyjnie i jednogłośnie wszyscy, ale to wszyscy, Kevina kochamy! Nie mam wątpliwości, że mimo iż na prawdę jest to już dla mnie niesamowicie oklepane, to wciąż lubię chociaż kątem oka zobaczyć na tego małego urwisa, który robi w konia dwójkę nieudolnych włamywaczy. Kevin stał się swoistą tradycją i od lat nas bawi. Pomimo tego, że nie ma już chyba na świecie osoby, która nie znałaby chłopaczka, który został na święta w domu lub został zgubiony przez rodzinę w Nowym Jorku, był on na tyle trafioną "tradycją świąteczną", że wszczepił się w nasze serca niczym mikroczip tajnej agencji wywiadowczej i zamieszkał w nich już chyba na stałe bo przecież przyzwyczailiśmy się do tego, że co roku przed świętami możemy zobaczyć go na naszych telewizyjnych ekranach. Dzisiejszy wpis traktuję raczej jak moje marudzenie, a nie recenzję, ale cóż zrobić? Jeśli chodzi o rady dla Was... hm.. Może przygotujmy się na to, że za niedługi czas włączymy Polsat i usłyszymy z naszych głośników subtelnie wypowiadane słowa - KEVIN!

Koniu

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Straszny Film

Siema! Horrory, horrory i jeszcze raz horrory. Ostatnio na naszym blogu było o nich dosyć dużo, więc ja chciałbym dziś napisać coś o jakiejś komedii, ale nie odchodząc od "strasznych" tematów, dziś napiszę o "Strasznym Filmie"



"Straszny film", dla tego kto jeszcze nie wie" jest serią, która parodiuje horrory. Jest to pierwszy tego typu film obejrzany przeze mnie i od razu polubiłem tego typu produkcje. 
Na rynku filmowym możemy znaleźć filmy podobne takie jak "Wielkie kino", czy "Człowiek ważka", przy których też bawiłem się bardzo dobrze, ale jednak nie tak samo jak przy "Scary movie". Może co poniektórzy pomyślą sobie o mnie, że jestem jakimś dzieckiem jeśli śmieszą mnie takie klimaty, ale o gustach się nie dyskutuje a ja po wielu latach, które minęły od obejrzenia pierwszej części, wciąż chętnie oglądam i śmieję się jak za dawnych dobrych czasów. Co do poszczególnych części, chyba nie mam ulubionej... Jakoś największy sentyment mam do części pierwszej, ale każda kolejna w pozytywny sposób nakręcała mnie i pozwalała w spokoju czekać na następne. 
Jeśli lubicie komedie, które czasami szokują swoją prostotą, oraz pozytywną głupotą to ten tytuł jest idealny dla was! To co mogę powiedzieć o tym filmie to na pewno komedia jest dla ludzi, którzy lubią się śmiać ze wszystkiego, nie dla osób, które w filmach szukają gustu, czy wyrafinowanego stylu, bo tutaj za dużo go nie znajdą. 
Sama fabuła różni się w każdej części i jest zależna od najnowszych produkcji horrorów, które są autorom niezbędne, ażeby stworzyć kolejną cześć. Tak na przykład w pierwszej części mamy do czynienia z seryjnym zamaskowanym mordercą, w kolejnej z nawiedzonym domem, w trzeciej części zobaczymy co nieco z filmu "The ring", czwarta część nawiązuje do "Piły" z kolei ostatnia piąta jest oparta na filmie "Mama". Oczywiście opisałem tylko pojedyńcze wątki, po obejrzeniu filmu zapewne dostrzeżecie zdecydowanie ich więcej. 
Pozostaje tylko jedno pytanie. Czy jeśli w tytule jest napisane straszny film, to czy faktycznie można się dopatrzeć jakiś strasznych scen? Szczerze mówiąc średnio. Mogą się pojawić jakieś twarze duchów, które pojawiają się znikąd, jak na przykład w czwartej części. Ale są to bardzo krótkie epizody, które są średnio przerażające. 
Film na filmweb'ie nie szokuję wysokimi notami, ale jest fajny i przyjemny dla wszystkich, którzy lubią się pośmiać nie zważając na to czy film jest na poziomie, czy jest pozytywnie pokręcony. WAZZUP!!! 


KozMeeN


niedziela, 15 grudnia 2013

Slender

Siema! Długo zastanawiałem się czy pisząc dzisiejszy post pozostać przy temacie mrożącym krew w żyłach czy też przejść do czegoś przyjemnego i sielankowego. Odpowiedź jest jedna - Slender!


 Kto jeszcze nie wie kim, a może raczej czym, jest Slender powinien się chyba wstydzić. Ale cóż... Trochę wstydu to chyba niewielka cena za spokojnie przespane noce. Słowo widoczne na powyższym obrazku to tak właściwie pseudonim Slendermana. Czym to coś jest? Otóż jest to postać z miejskiej legendy. Opisywana jako mężczyzna w czarnym garniturze, białej koszuli i czarnym krawacie. Slender jest szczupłym oraz wysokim na 2-4m mężczyzną, w którym nie byłoby w sumie nic strasznego gdyby nie to, że nie ma twarzy! Według ludzi, którzy wierzą w legendę o tym monstrum, zamieszkuje on zwykle wielkie lasy, w których często pojawia się mgła. Jednak według legendy można spotkać go również w innych miejscach. Niektórzy twierdzą też, że pojawia się on na zdjęciach. Slenderman jest w stanie rozciągnąć swoje kończyny i tułów do rozmiarów niemożliwych dla normalnego człowieka. Celem jego egzystencji jest... no właśnie, co? Jedni mówią, że pojawia się po to by siać panikę wśród dzieci. Inni twierdzą, że jego celem są tylko dzieci, które weszły do lasu bez wiedzy i pozwolenia rodziców oraz, że będzie gonił je do skutku lub zawrócą i powiedzą rodzicom co zrobiły. Jednak w obydwu przypadkach jego celem są dzieci. Po co to robi? Jaką czerpie z tego korzyść? Tego chyba nikt nie wie. Slender szybko zdobył popularność i uznanie w internecie. Masa strasznych historii na jego temat roztrzaskuje się o przeróżne fora internetowe. Na jego podstawie została też stworzona seria gier, które potrafią przestraszyć niemal na śmierć. Główną "bronią" Slendermana są jego ręce, które wyciągane wprzód przez Slendera, wprowadzają ludzi w stan swoistej hipnozy i sprawia, że zmierzają oni w jego kierunku nie z własnej woli. Nie wiem czy wierzycie w tego potwora, ale ja z pewnością nie chciałbym znaleźć przypiętej na drzewie kartki z dopiskiem "Widzę Cię". Temat tej strasznej legendy zasługuje na większą rozbudowę, ale to mogłoby zająć cały dzień. W przyszłości może poruszymy temat postaci bez twarzy odnosząc się konkretnie do gry lub historii. Moja rada dla Was? Jeśli chcecie, żeby Was trochę przetrzepało, pobierzcie sobie grę ze Slenderem w roli głównej. Jeśli chcecie zobaczyć jego zbliżony obraz - wygooglujcie sobie. Ale najważniejsze co chcę Wam poradzić, to żebyście uważali na siebie i nie odwracali się w mroku bo on "zawsze patrzy, choć nawet nie ma oczu", a kiedy go zobaczycie, wtedy nie będzie już ratunku... Hehe. Bez nerwów, to tylko legenda. Jednak ciekawi mnie co gdybym powiedział, że stoi teraz za Tobą?

Koniu

sobota, 14 grudnia 2013

Sinister

Siemanko! Wczoraj był horror pt. "Obecność", dziś chciałbym zostać przy temacie filmów z dreszczykiem. Myśląc nad dzisiejszym tematem trochę sugerowałem się ostatnim wpisem Konia i chciałem zrobić coś w podobnym temacie. W tedy do głowy przyszedł mi pomysł na opisanie "Sinistra", ponieważ chciałem napisać wam, o najlepszym horrorze jaki obejrzałem w życiu.


Śmiało mogę powiedzieć, że horrorów już kilka w swoim życiu widziałem, począwszy od "Egzorcyzmów" a te zawsze siedziały najgłębiej w mojej psychice, przez dla mnie najsłabsze, filmy typu: "Piła", "Kolekcjoner", kończąc na filmach o nawiedzonych domach i zjawiskach paranormalnych, jak choćby "Obecność". Ale "Sinister" był czymś innym, jako pierwszy film wywołał w mojej głowie totalnego "minedfuck'a". 
Pierwszy raz oglądałem film w kinie. Wszystko fajnie maraton filmów, popcorn, cola, kawka przed seansem. Zaczynało się dość śmiesznie, ponieważ jako pierwszy film na rozgrzewkę poszedł "Straszny film 5", osobiście jestem fanem tej serii i przy jak na razie ostatniej części bawiłem się świetnie. Następnie organizatorzy na ekran włączyli, wyżej wymienionego "Kolekcjonera", oraz film który mi się spodobał i miałem z jego powodu ogromne ciarki na plecach, szczególnie w jednym momencie, który do teraz jest dla mnie nie zapomniany czyli "Kronika opętania". Maraton zaczynał się w godzinach wieczornych a kończył wczesnym rankiem, więc pomyślałem sobie, że może zdrzemnę się na ostatnim filmie. Nic bardziej mylnego. Ostatnim filmem tego maratonu, był właśnie "Sinister". Zaczynało się spokojnie, ale bardzo klimatycznie. Więc co tam? Zasnę sobie na chwilę, nie będę musiał tyle w domu odsypiać. Tyle, że niestety oglądałem jeszcze chwilę jednym okiem. Zasnąć mi się nie udało, ale bardzo cieszę się z tego powodu. Film był naprawdę mocny. Cały czas trzymał w napięciu, cały czas pojawiały się nowe wątki, podejrzenia zagadki. Ale to co stało się na końcu filmu pobiło wszystko. Po zakończeniu siedziałem jak wryty przez kilka chwil nie wiedzą dokładnie co ze sobą zrobić.
Polecam ten film wszystkim którzy nie szukają filmów, w których tylko tryska krew, ale bardziej produkcji, które mają na celu wyostrzyć wszystkie zmysły oglądającego, jak na przykład "Paranormal activity", a na końcu z mózgu widza zrobić papkę.
Fabuła filmu opowiada nam o rodzinie pisarza, który właśnie zaczął pracę nad nową książką. Całkiem przypadkiem, choć może nie do końca, znajduje na strychu karton z filmami. To co zostało nagrane na taśmach jest pierwszym szokującym znaleziskiem, po którym ja od razu bym zwiewał z tego domu gdzie pieprz rośnie. Kolejne sceny nawiązują głównie do kaset, a Ellison wraz z młodym gliną starają się rozwiązać zagadkę ukrytą na filmach. Więcej o fabule nie powiem. Wole, abyście sami obejrzeli i ocenili produkcję Scott'a Derrickson'a. 
Samo spojrzenie tylko na plakat reklamujący film budzi we mnie uczucie grozy i przerażenia, a przy pisaniu tego bloga twarz Mr. Boogie'go cały czas patrzyła się na mnie swoimi krwawymi oczyma. 

KozMeeN

piątek, 13 grudnia 2013

Obecność

Siema! Moja pierwsza blogowa recenzja dotyczyła Paranormal Activity. Od tego wpisu minęło troszkę czasu i postanowiłem wrócić do konwencji filmu z dreszczykiem. Dzisiaj jednak pogadamy o czymś mocniejszym. O filmie, który jako pierwszy od długiego czasu zdołał mnie przestraszyć, a jest nim przerażająca "Obecność" reżyserii Jamesa Wana.


Idealna pora na horror. Jest dziś piątek 13. - ZACZYNAJMY!

W sumie to dziwię się, że dopiero teraz poruszam temat tego filmu skoro zadziwiająco szybko zyskał moje uznanie. Długo szukałem horroru, który mógłby mnie przestraszyć. Kiedy byłem już na skraju załamania i traciłem nadzieję, pojawiła się "Obecność". Na początku byłem nieco sceptycznie nastawiony przez te bezowocne poszukiwania, ale z czasem zaczęło mnie to ciekawić. Wpisałem ten krótki tytuł w wyszukiwarce YouTube`a i wciągnąłem się po uszy, co z kolei poskutkowało szybkim zakupieniem biletu na seans w kinie Helios w Bielsku-Białej. Pojechałem, zobaczyłem i wreszcie się trochę przestraszyłem. Po wyjściu z sali kinowej na prawdę byłem przestraszony, nie wspominając już o tym co było na seansie. Ale co się okazało - strach szybko minął. Jednak to nie zmienia faktu, że na filmie są momenty, w których można załadować partyzanta w portki. A nawet jeśli tak jak ja, jesteś widzem o mocnych nerwach i nie tak łatwo Cię przestraszyć, to warto obejrzeć ten film choćby dlatego, że jest po prostu dobry! Jeśli nakręcicie się na ten film i na mocne wrażenia to na bank Was przestraszy, a dodatkowo spotęguje to fakt, że film jest oparty na autentycznych wydarzeniach. Ed i Lorraine Warrenowie byli słynną parą badaczy zjawisk paranormalnych. Obecność opowiada o historii, która była dla nich na tyle straszna, że postanowili ujawnić ją dopiero teraz. Ale po co ja to mówię skoro Wy już na pewno to wiecie? Film był tak nagłośniony, że słyszał już o nim chyba cały świat. Jeśli jesteś osobą, która nie widziała jeszcze Obecności, prawdopodobnie jesteś niewielkim odsetkiem populacji, która nie zna jeszcze historii najstraszniejszego epizodu z życia Warrenów. Film nie jest jednym z głupich horrorów, które mają na celu tylko nas wystraszyć. Oprócz momentów grozy i teologicznych faktów, jest to produkcja, która chce nam coś przekazać, przestrzec nas. Przed czym? Przed całym złem tego świata. Film kończy się świetnym cytatem, który wpłynął nieco na moje życie. A więc jaka jest moja ostateczna odpowiedź na pytanie, czy to jest dobry film? Odpowiedź jest następująca - po prostu wpisz w google co trzeba i również poczuj... obecność...

Koniu

czwartek, 12 grudnia 2013

The Walking Dead!

Siema! Przy okazji moich wpisów, mieliście już możliwość usłyszeć coś o zombie, na przykład przy temacie Left 4 Dead 2. Dziś znowu będzie podobnie, z tym że nie będę opisywał gry i nie będę mówił o zombie ale opowiem o serialu i o tak zwanych "szwędaczach". Na pewno część z was po przeczytaniu słowa "szwędacz" lub po zerknięciu na tytuł wie już, że dziś będzie o The Walking Dead.


Serial został wyreżyserowany na podstawie komiksu "żywe trupy", przez Frank'a Darabont'a. Początkowe odcinki przenoszą nas do pewnego miasteczka, gdzie możemy śledzić losy rodziny Grimesów. Ojciec rodziny Rick jest policjantem. Zostaje postrzelony w strzelaninie z bandytami. Po tym incydencie trafia do szpitala, lecz gdy się budzi, spotyka go niemiła niespodzianka. 
Tyle ze streszczenia. Chciałbym was zachęcić do oglądania, a zachowałbym się nie fair gdybym teraz zaczął opowiadać co było dalej, szczególnie względem osób, które chciały by zacząć przygodę z tym niezapomnianym serialem.
Nie myślcie sobie jednak, że to koniec moich wypocin. Przedstawię wam moją reakcję na losy bohaterów, moje doznania po obejrzeniu zaledwie trzech sezonów. 
Zacznę może od tego co bardzo mi się podoba a mianowicie charakteryzacja postaci. Bohaterowie grający szwędaczy zostali przygotowani niesamowicie dokładnie, każdy z nich wygląda zupełnie inaczej, a wszyscy co do jednego, z największą dbałością o szczegóły. Osobiście niestety nie obejrzałem żadnego odcinka w telewizji, oglądałem odcinki na internecie a co za tym idzie jakość filmów nie była rewelacyjna, więc nie odczułem tego efektu tak dosadnie, lecz mimo wszystko wrażenie było niesamowite. Dodatkowo wystarczyło mi kila chwil przy szukaniu obrazka na dzisiejszego bloga, aby faktycznie zobaczyć ile pracy musieli włożyć charakteryzatorzy aby uzyskać taki efekt. 
Wszyscy, którzy szukają serialu ze zwrotami akcji, wybuchami, pościgami czy niesamowitymi efektami specjalnymi po obejrzeniu The Walking Dead będą czuli niedosyt. Sama fabuła jest bardziej skupiona na grupce ludzi próbującej przetrwać, niż na wojsku walczącym z chmarami zombie.  
Wielu z was może wydawać się nudne opisywanie życia grupki ocalałych przez cztery sezony, ale ten serial ma w sobie coś niesamowitego co przyciąga naszą uwagę przez cały ten czas. Raz zdarzyło mi się przesiedzieć, oczywiście podczas choroby, prawie cały dzień i każdą wolną chwilę poświecić The Walking Dead, dlaczego? Nie wiem, ale losy bohaterów tak mnie pochłonęły, że zapomniałem o Bożym świecie.
Sama historia opowiada nam o przyjaźni, poświęceniu, oddaniu o niesamowitej mobilizacji i umiejętności dostosowania do aktualnych warunków oraz niewyobrażalnej chęci życia jaką bohaterowie sobą prezentują. Chciałbym opowiedzieć wam jak najwięcej, a zarazem nie mówić za dużo o samej fabule więc z wydarzeń i postaci może na tyle wystarczy.
Jeszcze może trochę o istocie filmu, która ma nam przybliżyć, że ludzie sami dla siebie są zagrożeniem i nawet w obliczu grasujących zombie z byle powodu będą potrafili skakać sobie do gardeł.
Mi osobiście został ostatni sezon, którego nie obejrzałem z powodu braku czasu, ale dostrzegam jeden plus z tego powodu. To co najlepsze zostało jeszcze przede mną. 

KozMeeN



środa, 11 grudnia 2013

Piękny umysł

Siemanko! Dzisiejszy temat do zrecenzowania wpadł mi do głowy ni stąd ni zowąd, jednak to wcale nie znaczy, że jest on zły. Wręcz przeciwnie. Jeden z lepszych filmów jakie widziałem w życiu, to właśnie dzieło reżyserii Rona Howarda o wdzięcznym tytule "Piękny umysł"


Geniusz. Słowo często kojarzące nam się nie tyle z niesamowitą inteligencją, co z czystym, zdrowym, niczym nie zabrudzonym umysłem, który potrafi rozwiązać każdą zagadkę w mniej niż 3 sekundy. Głównym bohaterem filmu jest właśnie genialny człowiek, ale nie ten opisany wcześniej. John jest chory na swoją inteligencję. Film zaczyna się gdy John - matematyczny mistrz - przyjeżdża na Uniwersytet Princetone, aby rozpocząć tam podyplomowe studia matematyczne. Jego głównym celem jednak nie jest ukończenie studiów, ale dokonanie jakiegoś niesamowitego odkrycia, które powaliłoby wszystkich na kolana. Wkrótce zaczyna robić się dziwnie ponieważ okazuje się że John jest chory. Jest on geniuszem ze schizofrenią. Mimo to zostaje zatrudniony w agencji wywiadu wojskowego, co tylko pozwoliło rozwijać się chorobie dalej. Film jest oparty na książce Sylvii Nasar o takim samym tytule jak film. Nie jest on dokładnym jej odwzorowaniem, ale pomimo tego jest świetnie zrealizowaną produkcją. Przepełniony emocjami film oparty na prawdziwym życiu prawdziwego geniusza. Wiele dramatów, które przeżył potrafią skruszyć najbardziej zatwardziałe serca, a wnioski, badania, zagadki, które były nieodłączną częścią życia Johna mogą zadziwić nawet najmądrzejszych widzów. Znamy przecież z życia przypadki schizofreników wyskakujących z okien, popełniających samobójstwa czy nawet tych, których choroba zmusza do zabijania innych ludzi. Jednak jakim trzeba być geniuszem, żeby w pełni nauczyć się z tym żyć? Takim kimś był John Nash. Człowiek-komputer. Postanowił walczyć z chorobą i nie tylko uczyć się z nią żyć, ale... hm... właśnie! Co jeszcze? Tego dowiedzcie się sami oglądając film, który jest warty Waszej uwagi! Film, który otrzymał 4 złote globy i wszystkie zasłużenie, musi być dobry! Gorąco polecam Wam abyście sprawdzili co kryje piękny umysł Johna Nasha, który "Patrzył na świat w sposób, którego nikt inny nie umiał sobie nawet wyobrazić".

Koniu

wtorek, 10 grudnia 2013

Minecraft

Siema! Tutaj znowu KozMeeN. Dziś próbując znaleźć odpowiedni temat do recenzji siedziałem, ślepo wpatrując się w pulpit monitora. Krążąc myszką po pulpicie z podpartą głową i brakiem jakichkolwiek pomysłów, natrafiłem na kostkę ziemi, porośniętą kępką zieleni. Dla tych którzy jeszcze nie wiedzą, była to ikona Minecraft'a.


Gra ta powstała 17. maj 2009 roku, natomiast oficjalnej premiery doczekała się 20. grudnia 2010 roku. Praktycznie od razu zyskała sobie niesłychanie wielką popularność. Pytanie brzmi dlaczego? Piksele jak w Mario na pegasusa, kilka klocków i jakiś kwadrat zamiast ręki... Otóż jak to mówią, nie oceniaj książki po okładce. Sam gdy usłyszałem o Minecrafcie zaciekawiony spróbowałem swoich sił. Lecz pierwsze chwile średnio zachęciły mnie do dalszej rozgrywki. Na szczęście nie dawałem za wygraną, próbując przekonać się co to tej produkcji, spędziłem nad nią kilka dodatkowych wolnych chwil. Dziś mam za sobą godziny spędzone na tworzeniu własnych zamków, budynków, farm oraz różnorakich zmechanizowanych pułapek. 
Gra z każdą nową aktualizacją staje się ciekawsza, zaczynając od prostych przedmiotów producent powoli i stopniowo dodaje coraz to nowsze możliwości, biomy czy zwierzęta. 
Sama gra nie polega na niczym. Więc co możemy robić w świecie Minecraft'a? Wszystko! Na początek nie dostajemy nic, chyba, że ustawimy w opcjach początkową skrzynkę z kilkoma startowymi przyborami. Potem musimy dość szybko zbudować dom, chyba że naszym ojcem jest Arnold Szwarceneger, lub Chuck Norris, wtedy możemy zmierzyć się z na gołe klaty z grasującą po zmroku, bandą zombie, pająków czy szkieletów lub w przypadku pierwszej opcji, grzecznie przeczekać wszytko w ciepłym prowizorycznym mieszkanku. Gdy już uda man się, sposobem pierwszym dla normalnych ludzi, lub drugim nieco bardziej zaawansowanym, przeżyć noc możemy zabierać się do budowania swojego imperium, ogromnej twierdzy czy ciągnących się w nieskończoność tuneli kopalni.
Gra w bardzo fajny i przyjemny sposób łączy kreatywne myślenie, gospodarowanie surowcami, organizację pracy oraz co najważniejsze dobrą zabawę. W bardzo popularnym systemie kooperacji możemy wraz ze znajomymi budować i tworzyć nasz własny kanciasty świat.
Moje zdanie o grze jest jedno i raczej się nie zmieni, jest świetna bo bawiąc, uczy. Mnie świat minecrafta przez jakiś czas "pożarł". Nie mówię tu o całych dniach i nocach zarwanych nad ta grą, bo tak akurat nie było, ale bardziej o tym, że gdy zaczęło się wraz ze znajomymi tworzyć, to ciężko było przestać. Największe kłamstwo wypowiadane przy minecrafcie: "Jeszcze tylko zrobię to i już spadam..." 


KozMeeN


poniedziałek, 9 grudnia 2013

Igrzyska śmierci: w pierścieniu ognia

Siema! Sporą chwilę temu recenzowałem książkę pt. "Igrzyska śmierci". Dzisiaj przyszedł czas na ekranizację drugiej części powieści Suzanne Colins, która nosi tytuł "Igrzyska śmierci: w pierścieniu ognia". Byłem na tym filmie z ekipą, w której oprócz mojej dziewczyny i znajomych, była również moja koleżanka Wiktoria Węglorz i to właśnie ona była pomysłodawczynią dzisiejszej recenzji.


Mógłbym zakończyć tą recenzję w jednym zdaniu mówiąc, że film był po prostu dobry dla fanów trylogii czy choćby filmów tego rodzaju. Jednak mówiąc to popełniłbym co najmniej zbrodnię. Film rzeczywiście mi się podobał i byłem pod sporym wrażeniem patrząc na wykonanie całego dzieła oraz wczuwając się w akcję filmu. Jednak pomimo tego, iż obejrzałem w swoim życiu już parę dobrych produkcji, żaden, absolutnie żaden film nie wywołał jeszcze u mnie takiego niedosytu! Wychodząc z seansu z szeroko otwartymi oczami i z niedowierzaniem w sercu, zdołałem tylko wydukać "Co to miało być?!". W akcję filmu wkręcić można się bez pamięci, na co dowodem jest moja lady, która po filmie do końca dnia niemal żyła w przekonaniu, że to właśnie ją to spotkało i że to ona jest Katniss Everdeen. Na szczęście tak nie było, ale wrażenia i tak pozostały. Film jest wprost przepełniony momentami, w których łzy same cisną się do oczu. Sam nie raz musiałem przetrzeć oko, a nie tak łatwo się wzruszam. Wiele również jest takich momentów, które wprawiają w osłupienie, zaskakują, a nie brakuje też tych, w których można się przestraszyć. Jednak absolutnie najgorszą, znienawidzoną i denerwującą zaletą tego filmu jest to, że cały czas czekamy na rozwój wydarzeń, które prowadzą do buntu, cały czas liczymy na nagły zwrot akcji, oglądając film liczymy na to, że w końcu uda się Katniss osiągnąć cel i co? W kulminacyjnym momencie film najzwyczajniej w świecie się kończy, a nam pozostaje wstać, ubrać się, uderzyć głową w stół i czekać na następną część bo jeśli będzie tak dobra jak ta, to z pewnością jest warta obejrzenia!

Koniu

niedziela, 8 grudnia 2013

Dumb ways to die

Siema! Kto z Was odrobił wczorajsze zadanie domowe i posłuchał Arymathei? Mam nadzieję, że wszyscy. A dzisiaj wrzucamy na patelnię temat nadesłany przez Karolinę Mencnarowską. Temat bardzo oryginalny bo gra o tytule "Dumb ways to die" to aplikacja na Androida, która ukazała się w Google play 22. września 2013 roku.


Cała zabawa rozpoczęła się od filmiku i piosenki, które jako tako miały służyć za kampanię społeczną. Miało to na celu trafić do młodych ludzi, którzy czują się już dorośli, do pijanych kierowców czy też po prostu do nieodpowiedzialnych ludzi. Piosenka jest bardzo wyluzowana i prosta, w tekście możemy usłyszeć nieco sposobów na idiotyczną śmierć, a klip stworzony z wielu zabawnych animacji nam to wszystko synchronicznie wizualizuje. Całość jest bardzo przyjemna i chwytliwa w przeciwieństwie do większości takich kampanii, które najczęściej po prostu olewamy.  Społeczeństwo tak bardzo polubiło oryginalność Dumb ways to die, że na jej podstawie została stworzona gra na nasze smartphony. Poniżej posta możecie znaleźć link do pobrania gry na Wasz telefon.
Gra składa się z 15. minigierek, w których musimy ratować widoczne nieco wyżej kolorowe stworki od idiotycznej śmierci wykazując się przy tym refleksem, zręcznością i przede wszystkim szybkością. Początkowo mamy na reakcję kilka sekund, ale za każdym razem gdy przejdziemy kilka minigierek, czas ulega skróceniu i musimy reagować o wiele szybciej. Oczywiście wyzwania się powtarzają, ale to nie sprawia, że gra staje się nudniejsza. Trudno powiedzieć, który sposób ratowania stworków jest moim ulubionym, a to dlatego, że wszystkie są równie zabawne. Mimo wielkiego humoru zawartego w tej prostej, krótkiej grze jest ona bardzo trafna i koniec końców, nie jest po prostu głupią gierką na Androida. Osobiście polecam Wam samym się przekonać jak głupia może być śmierć. Pamiętajcie, że Wy też możecie uratować małe kolorowe stworki, a przy okazji zobaczcie przed czym się chronić. Dzięki aplikacji dowiadujemy się, że wkładanie widelca do tostera, podpalanie sobie włosów czy dźganie niedźwiedzia grizzly patykiem, to wcale nie są najlepsze pomysły. Przy okazji gwarantowana jest dobra zabawa i szeroki zaciesz na Waszych twarzach!
KozMeeN i ja serdecznie dziękujemy Wam wszystkim za odwiedzanie naszego bloga! Wczorajszego wieczora wybiło już 1000 wyświetleń od początku założenie Pozytywnie-Recenzyjnie. Jeszcze raz gorąco DZIĘKUJEMY!

sobota, 7 grudnia 2013

Arymathea - Deoreanimacja


Siema! Dzisiejszej nocy wróciłem z Wiednia i dzisiejszy wieczór to czas aż wreszcie Koza zrobi sobie małą przerwę. W ostatnim czasie mieliście przyjemność poczytać troszkę więcej jego wpisów bo wiernie opiekował się blogiem podczas mojej nieobecności. Ale, ale! Wracamy do świata żywych i dzisiaj ja trochę pogadam! :)

Tym razem poczęstujemy Was wspaniałym krążkiem grupy "Arymathea". Na albumie znajdziemy 8 kawałków oraz teledysk do jednej z piosenek, które wszystkie razem i każda z osobna są równie świetne! Jeśli jesteś jednym z tych, którzy lubią dobre, mocne brzmienia oraz screaming i growling, który przetrzepuje bębenki w uszach, to wpisz w przeglądarce YouTube nazwę "Arymathea" i po prostu się zachwycaj. Pod wpisem pojawią się linki do kilku numerów. Ich debiutancka płytka nosi tytuł "Deoreanimacja". Dlaczego właśnie taki? O to musimy zapytać samych autorów albumu, ale bez względu na nazewnictwo trzeba przyznać, że płyta jest naprawdę dobra! Chłopaki grają dosyć ciężką muzykę i to może się niektórym źle kojarzyć. I właśnie tym Arymathea zachwyciła mnie najbardziej! No bo przecież według większości ludzi muzyka metalowa czy też ciężki rock kojarzy się z szatanem, demonami, piciem krwi, paleniem kotów i w ogóle z ostatnim kręgiem piekieł. Tymczasem Arymathea niczym kula Miley Cyrus burzy ten stereotyp i śpiewa... no właśnie! O czym? Teraz uwaga! Wszyscy łapiemy się krzeseł i czytamy uważnie! Otóż teksty niektórych utworów na płycie pochodzą z Biblijnych psalmów, albo np. z Księgi Objawienia. Większość piosenek jest o tematyce chrześcijańskiej. Arymathea nie śpiewa o byle czym. Chłopaki pokazują młodzieży, że Bóg to nie moherowe berety i obecność na mszy porannej każdego dnia. Oprócz tego np. w utworze "Prawo życia" możemy posłuchać o problemie aborcji w dzisiejszym świecie. Cały ten dobry przekaz jest pięknie przyozdobione w profesjonalną oprawę muzyczną. Na płycie możemy posłuchać gościnnie takich artystów jak Miras z zespołu Full Power Spirit czy też Maleo z grupy Maleo Reggae Rockers. Osobiście kocham kiedy wkładam ten czarny krążek do odtwarzacza, a po krótkiej chwili do moich uszu dochodzą dźwięki, które na chwilę zatrzymują się mojej głowie i trafiają prosto do serca. Nawet jeśli nienawidzisz takiego rodzaju muzyki, nawet jeśli nigdy nie porwało Cię nic z tego gatunku, to sprawdź tę grupę bo gwarantuję, że Ci się spodoba! A jeśli nie masz jeszcze płyty, to mam jedno pytanie - na co czekasz?!

Pomysł na dzisiejszy wpis podesłał nasz wierny fan Filip Orszula, którego my zwykliśmy nazywać po prostu Rudy ;)

Klip do piosenki "Nigdy więcej" - http://www.youtube.com/watch?v=SJ4vJvOvMEA

Koniu

piątek, 6 grudnia 2013

Ted

Siema! Marzyliście może kiedyś o tym, żeby jeden z waszej kolekcji pluszaków ożył? Pomyślcie sobie jakie to musiałoby być świetne uczucie. Spokojnie sobie śpicie, budzicie się rano a nad waszym łóżkiem stoi wasz pluszak i do was gada? To właśnie spotkało głównego bohatera filmu wyreżyserowanego przez Seth'a MacFarlane'a pod tytułem "Ted".



Oczywiście film byłby nudny, gdyby cała akcja rozgrywała się w dzieciństwie John'a (Mark'a Wahlberg'a). Więc, żeby było zabawniej akcja rozgrywa się w świecie dorosłych. Ted został celebrytą, zresztą nic dziwnego. Pluszak który żyje? Przecież coś tak niedorzecznego musiało odbić się w mediach. Ale niestety jak to w świecie show biznesu się dzieje, gwiazdy lubią szybko gasnąć. Więc miś, musi poszukać w końcu jakiejś pracy, ponieważ narzeczonej John'a, Lori (Mila'i Kunis) nie podoba się, że jej przyszły przyszły mąż obija się w pracy, jest nieodpowiedzialny a wszystko za sprawą pluszaka z dzieciństwa z, którym całe dnie przesiaduje na oglądaniu filmów, piciu piwa i paleniu gandzi. Pewnego dnia zapada decyzja, że Ted musi opuścić dom w którym mieszkał wraz z kumplem i jego dziewczyną, żeby rozpocząć własne życie. Najgorsze w tym jest to, że koledzy w dzieciństwie zawarli coś w rodzaju umowy, która mówiła, że na zawsze zostaną razem. Pluszak przyjmuje decyzje z lekkim niezadowoleniem. Powoli jednak znajduje mieszkanie i pracę. Niestety wyprowadzka Teda nie zmniejsza wcale ilości spędzanego z John'em czasu. 
Po raz kolejny opisałem wam tylko kilka początkowych scen z filmu. Ma to na celu z grubsza przybliżyć wam to, czego możecie spodziewać się po danej produkcji i albo was zachęcić, albo uzmysłowić wam, że dany tytuł raczej nie przypadnie wam do gustu. 
Ja oglądałem już "Ted'a" kilka razy. Nie wiem dlaczego ale zawsze bardzo dobrze się przy nim bawiłem. Jest bardzo oryginalnym filmem, pokazując trochę w krzywym zwierciadle obraz facetów, oraz jak kobiety ich postrzegają. Jak to mówią, faceci nigdy nie dorastają, są dużymi dziećmi, to udało się pokazać w pełni reżyserowi filmu. Ja osobiście podchodzę do tego z dystansem, ponieważ nie można pakować wszystkich do jednego worka, ale na pewno coś w tym jest. 


KozMeeN



czwartek, 5 grudnia 2013

"Jesteś Bogiem"

Hej. Dziś będę chciał  trochę nawiązać do muzyki, ale nie tylko. Postaram się przybliżyć wam co nieco swoje zdanie na temat filmu "Jesteś Bogiem" oraz opowiedzieć jak on podziałał na mnie. W kilku słowach będę też chciał opisać co działo się na ekranie, dla tych którzy jeszcze nie mieli okazji obejrzeć.


Film opowiada o grupie, którą nazwę każdy polak jeśli nie zna, to na pewno już kiedyś słyszał. Paktofonika czyli "pakt zawarty przy dźwiękach głośnika"  była grupą powstałą w 1998 roku.
Film pokazuje nam historię trójki przypadkowych osób. Wojciecha Alszera (Fokusa), który w swoim życiu nie miał zbyt wielu problemów. Rano do szkoły budził go ojciec, wstawał i wychodził o której mu się podobało. Pierwszą rzeczą jaką robił bo pobudce było założenie słuchawek. Co najdziwniejsze nie słychać w nich było rytmów hip-hopu. Dopiero po dotarciu do nowej szkoły, gdy wyszedł z sali lekcyjnej i udał się zapalić papierosa do toalety. Tam poznał Piotra Łuszcza (Magika) częstując go fajką, z kolei Magik dał mu do posłuchania swojej kasety z muzyką. Kolejną z głównych postaci jest Sebastian Solbert (Rahim). Jest on osobą olewaną przez rodziców ale za to bardzo fascynującą się hip-hopem. Postanawia coś z tym zrobić, więc udaje się do, słynnego już w tym czasie, Magika. Niestety jest on wyśmiany przez jego znajomych. Nie mogąc na to patrzeć Piotr idzie na rozmowę z Sebastianem udzielając rad, oraz tłumacząc żeby wkładał w to co robi, więcej życia. Kolejne spotkanie naszych bohaterów jest znowu przypadkowe, ponieważ dochodzi do niego na koncercie grupy "Kaliber", gdzie Magik wraz z Fokusem dogadują się, oraz szukają do zespołu trzeciej osoby, którą jest Rahim.
Tyle z mojej strony o fabule filmu. Chciałbym tym krótkim wstępem, bo przedstawiłem wam raptem około 15 minut filmu, zachęcić was do jego obejrzenia. Naprawę watro, zobaczyć poznać, dowiedzieć się czegoś nowego co, nawiązując do poprzedniego postu, jest najlepsze, bo nasze.
Ja osobiście po obejrzeniu "Jesteś Bogiem" zmieniłem swoje zdanie na temat hip-hopu. Było one może trochę błędne a wynikało ono z braku mojej wiedzy. Dziś inaczej patrzę na osoby kreujące swój wizerunek za pomocą rapu, uważając, że jest to najlepsza forma jaką w prosty sposób można wyrażać siebie i swoje poglądy.
Nie chodzi tutaj o to czy ktoś jest fanem muzyki hip-hop'woje, czy nie. Chodzi bardziej o to, żebyśmy uświadomili sobie, że w naszym kraju żyła kiedyś legenda... Dziś zostały nam tylko dwie jej części.
Film ukazuje nam także codzienne problemy życiowe, z jakimi muszą się spotykać nie tylko młodzi ludzie, ale każdy z nas. Niespodziewana ciąża, problemy ze szkoła, znalezieniem pracy. Można doszukać się tutaj przyjaźni na dobre i złe, która nie rozpada się mimo wielu niechcianych incydentów, a muzyka wszystko to spaja w jedną całość i jak żelazna klamra wszystko trzyma, by się nic nie rozpadło.

KozMeeN


środa, 4 grudnia 2013

Równonoc

Elo!  Pisałem już coś o słynnym w ostatnim czasie Donatanie, a dokładniej o utworze nagranym wraz z Cleo. "My Słowianie" faktycznie było hitem internetu przez kilka ostatnich tygodni, ale jak mówi sam producent: to było coś w rodzaju parodii. Nie chce tutaj powiedzieć, że piosenka mi się nie podobała, z resztą jeśli chcecie zobaczyć moją opinie na jej temat zapraszam kilka postów niżej.


Z jednej strony Równonoc, Słowianie, tajemnica i historia. Z drugiej rap, młode, utalentowane pokolenie. Szczerze mówiąc na pierwszy rzut oka ciężko byłoby to ze sobą połączyć, tym bardziej, że coraz rzadziej młodzi ludzie przywiązują wagę do tego czego uczą się na lekcjach historii, nie szukają wiedzy i doświadczenia u starszych ludzi, bo mają internet, telewizję, radio. W kraju który może poszczycić się wielkimi ludźmi, poetami, muzykami, aktorami, my szukamy autorytetów na zachodzie i ślepo idziemy za ich trendami, często zapominając o tym co nasze. Podążamy za nimi bezsensownie, totalnie nie myśląc co robimy i dlaczego. Świetnym przykładem jest "Halloween". "Święto" wypierające nasze polskie święto zmarłych. Dlaczego? Bo tamto jest modniejsze! Co z tego, że to pamiątka jakichś chorych, pogańskich mordów? To jest lepsze. Przecież we wszystkich krajach małe dzieci chodzą poprzebierane szukając cukierków. Poza tym możemy pochwalić się sąsiadom, że jesteśmy światowi i sat nas na wzdanie pieniędzy na dekoracje. To jest lepsze i ciekawsze niż odwiedzanie grobów naszych bliskich zmarłych... 
Na płycie znajduje się szesnaście kawałków, stworzonych przez ponad trzydzieści osób. Każdy z utworów przedstawia nam coś innego. Na przykład "Nie lubimy robić" pokazuje nam, w trochę bardziej humorystyczny sposób, że nie zawsze mamy ochotę do pracy, że po prostu lubimy się poobijać, ale nie ma to wcale na celu pokazać że Słowianie to same nieroby, bo tak nie jest! Inny przykład "Z dziada pradziada" opowiada o tym, że nie tak łatwo było, jest i będzie pokonać polaków. Resztę sami sobie posłuchajcie. 
Pozwolę sobie stwierdzić, że płyta ma rodzaj reklamy. Ale nie jakiegoś taniego badziewnego, zagranicznego produktu. Jest reklamą nas! Donatan jest młodym producentem, a zrobił dla polaków więcej niż niejeden polityk, dał ludziom wiarę w to, że istnieją wśród nas ludzie którzy nie wstydzą się swoich słowiańskich korzeni, którzy chcą robić coś dobrego dla naszego narodu, chcą go promować.
Oczywiście ile można mówić o samych zaletach Słowian? Mamy swoje wady i na tej płycie też można o nich posłuchać. 
Może jeszcze trochę o samej muzyce. Było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem, jak udało się połączyć raperski bit ze słowiańskim brzmieniem. Obsada muzyczna jest naprawdę niesamowita, a klamrą spinającą całą płytę są chórki wykonane idealnie. Gdy w słuchawkach słyszę "Niespokojna dusza", i prześwietny głos jednej z naszych słowianek, to przechodzą mnie ciarki po plechach. 
Ja mam to szczęście, że posiadam oryginalną płytę, za co dziękuję Rudemu! Natomiast każdego z was zachęcam do posłuchania, nawet jeśli nie słuchacie rapu to mimo wszystko gwarantuję, że ta płyta was porwie.

KozMeeN

wtorek, 3 grudnia 2013

Wrecking ball

Siemaneczko! Dzisiaj wkładamy kij w mrowisko bo podejmuję temat popularnego teraz teledysku Miley Cyrus. Teledysku nagranego do piosenki pt. "Wrecking ball". Załamka? No nie wiem. Pogadajmy o tym!


Wielu z was pewnie uderzyło głową w stół albo wyłączyło komputer po zobaczeniu tytułu dzisiejszego posta, a niektórym może nawet wrócił się obiad, ale zanim wasze monitory zgasną zastanówmy się przez chwilę czy Miley rzeczywiście jest taka głupia? Szczerze mówiąc nie wydaje mi się. Jakim debilem trzeba być, żeby lizać młotek i bujać się nago na ogromnej kuli? Takim debilem, który ma 3,5 mln wyświetleń bo przecież
czegoś, co na chwilę obecną ma na YouTube 377 830 335 wyświetleń, na pewno nie można nazwać głupim posunięciem.Czy Miley się krótko mówiąc zeszmaciła? Możliwe. Ale w świecie dzisiejszego showbiznesu trzeba jakoś zwrócić na siebie uwagę co Miley bez wątpienia się udało. Każdy z nas zna ten teledysk, każdy kojarzy piosenkę i pewnie ogromna część z Was wolałaby żeby panna Cyrus leżała na powyższym zdjęciu raczej pod tą stertą gruzu. Tymczasem ja wykonam pewien krok wprzód i powiem otwarcie, że piosenka jest całkiem spoko. Ale podkreślam - piosenka. Jeśli ktoś chce teledysku, który mu się spodoba, to pewnie nie tędy droga, ale w ostateczności przyznajmy się wszyscy i każdy z osobna, że widzieliśmy ten teledysk, a czy nie taki właśnie był cel? Miley nie tylko udowadnia nam, że już nie jest dziewczynką znaną z Disney Channel tylko dorosłą kobietą, ale dodatkowo wokalem stawia, że piosenka sama się broni. Koniec końców możemy hejtować, narzekać i rozpowiadać naokoło o tak idiotycznym teledysku, ale to sprawia że więcej osób go obejrzy, a portfel Miley na pewno się nie skurczy. A jeśli chodzi o lizanie młotka... cóż... chyba nikt nie jest w stanie tego pojąć :)

z pozdrowieniami - Koniu

poniedziałek, 2 grudnia 2013

"Team Fortress 2"

Cześć i czołem wszystkim. Dziś pora na kolejną z gier. Jako, że osobiście korzystam w dużej mierze z platformy "steam", chciałem opisać kolejną z możliwości jakie nam takowa proponuje. Co najlepsze to rozgrywka jest zupełnie darmowa. Mam na myśli "Team Ftortress 2".




Zaczynając przygodę z "Team Fortress 2" mamy możliwość skorzystania z kilku trybów. Możemy zmagać się w przejmowaniu punktów kontrolnych, przepychaniu wózków z pakunkami, obronie fortu czy wykradaniu tajnych dokumentów. Po wyborze jednego z nich musimy jeszcze wybrać drużynę. Mamy do wyboru dwie opcje, blue lub red. Kolor drużyny nie ma wpływu na dalszą rozgrywkę, no chyba że w jednej z drużyn znajdą się sami wybitni gracze. Kolejnym krokiem będzie wybranie jednej z dziewięciu klas. Sił możemy spróbować jako np: -"pyro" czyli typek w masce przeciwgazowej, ognioodpornym stroju i z miotaczem ognia w dłoniach. Jest postacią ofensywną która sieje duży zamęt w szeregach wroga, jeśli tylko uda mu się do nich odpowiednio zbliżyć. Kolejną klasą w jaką możemy się wcielić jest "inżynier". Z wyglądu przypomina budowlańca a jego rola w drużynie polega na tworzeniu zasobników, teleportów i działek samonaprowadzających. Bardzo pasywna postać, ale jego rola w drużynie jest bardzo istotna. Jeśli nie podoba nam się rozstawianie różnorakich sprzętów, zawsze możecie spróbować sił jako "szpieg". Postać wymagająca trochę większego doświadczenia oraz umiejętności przewidywania.Grając szpiegiem możemy przebrać się za dowolnego przeciwnika oraz wykańczać rywali śmiertelnymi ciosami w plecy. Niestety nie jest tak kolorowa, ponieważ po jakimkolwiek ataku zostaje ujawnione nasze prawdziwe oblicze.  Zawsze jednak możemy na chwile wyłączyć mózg, zamknąć oczy i wybrać grubego, a za pomocą miniguna "wyczyścić" przeciwników bez zatrzymywania. Nieocenioną pomocą dla każdego grubego jest medyk. Jak można się łatwo domyśleć jest osobą odpowiedzialną za jak najlepszą kondycję swojego zespołu. Koło naszego puszystego przyjaciela może znajdować się żołnierz, czyli kolejna postać dla ludzi, którzy raczej nie umieją usiedzieć na miejscu. Ze swoją bazooką oraz odrobiną refleksu możemy wysadzić każdego. Podobne uczucie będziemy mieli grają demomanem który w arsenale posiada dwa granatniki. Ostatnią klasą jest stojący z samego tyłu snajper. Którego zadaniem jest wyeliminowanie wrogów na dystans, przy tym przeżycie ostrzału przeciwnych snajperów. 
Troszeczkę bardziej przybliżyłem wam postacie, niż samą grę, ale są one istotnym  i najbardziej oryginalnym elementem rozrywki. Osobiście bardzo podoba mi się grafika rodem z kreskówki oraz duży wybór wśród postaci i ekwipunku jaki możemy spotkać w grze. 

KozMeeN