piątek, 29 listopada 2013

"Left 4 Dead 2"

Uszanowanko! Po raz kolejny pokuszę się o krótki opis i opinię gry komputerowej. Dziś swoją uwagę poświęcę "Left 2 Dead 2".



Gra ta miała swoją premierę w listopadzie 2009 roku. Dostępna jest na platformie steam. Grę sam kupiłem już dosyć dawno temu, ponieważ dużo znajomych grało w Left 4 Dead 2 więc postanowiłem dołączyć do ich grona. Jak na 2009 rok gra ma bardzo przyjemną dla oka grafikę, bardzo dużo specyficznych elementów dźwiękowych, dzięki którym możemy rozpoznawać, co będzie nas czekało za chwilę. Jednak rzeczą która urzekła mnie najbardziej, jest jej system kooperacji, który zrobiony jest świetnie. Gra pozwala nam na rozgrywkę w kilku trybach: kampanii, poszukiwacza oraz kontry. Kampanii chyba nie muszę tłumaczyć. Poszukiwacz polega na znalezieniu kanistrów z paliwem, a co do kontry to za chwilę.  Poziom trudności także jest bardzo elastyczny, chodzi mi o to że osoby niemające styczności z grami tego typu dają sobie świetnie radę i nie załamią się już na samym początku, natomiast dla osób z większym doświadczeniem producent szykuje bardziej zaawansowane poziomy trudności.  Nie będę tutaj opisywał, ani porównywał tej części do poprzedniej ponieważ w pierwszą część nie miałem przyjemności zagrać. Na szczęście kampanie z Left 2 Dead są dostępne w drugiej części. Natomiast w obu tych częściach chodzi o to, aby dostać się z punktu A do B. Jest tylko jedna przeszkoda. Chmara zombie, a was jest tylko czterech. Co w tym trudnego? Zombie są przecież bezmózgie, wystarczy dobrze się schować i trochę postrzelać. Otóż niema tak łatwo... Oprócz zombie tylko biegających i próbujących nas zjeść, musimy się zmagać z umarlakami którzy oprócz tego, że upatrzyły nas sobie jako pyszne danie, mogą nam wyrządzić dużo większą krzywdę niż pozostali, poprzez swoje dodatkowe umiejętności jak na przykład szarżowanie na nas, wskakiwanie nam na głowę czy plucie morderczym jadem. Hmm.. ale to też się da przeżyć. No chyba że usłyszymy ryk ogromnego "tanka", czyli specjalnego zombie mającego ogromną ilość życia oraz zadającego ogromne obrażenia. Co najlepiej wtedy zrobić? Uciekać... Teraz po opisaniu wam specjalnych zarażonych mogę wam opisać tryb kontry, który pozwala na wcielenie się w zombie. Z racji tego, że kampanie możemy przechodzić maksymalnie w cztery osoby, więc dla równowagi w drużynie przeciwnej także może znaleźć się czwórka graczy wcielających się w specjalnych zarażonych. 
Osobiście bardzo spodobała mi się Left 2 Dead 2, ale jeśli chcecie się zdecydować na zakup tej oto gry najlepiej upewnić się, czy któryś z naszych znajomych jej nie posiada. Da wam to możliwość większej frajdy, a jeśli uzbieracie osiem osób to możecie świetnie spędzić czas na kontrze. Z mojej strony to wszystko. Jeśli któryś z was ma ochotę pograć z nami w Left'a to czekamy na kontakt. 

KozMeeN

czwartek, 28 listopada 2013

CeZik

Siema! Dzisiaj postanowiłem popisać troszkę o czymś, a raczej kimś, zupełnie nowym. Dzisiejszy temat łączy ze sobą muzykę, filmy i... postać! A mowa tutaj o CeZiku.
 

Jeśli jesteś czynnym internautom i nie znasz jeszcze tego pana wyżej chyba nadszedł czas na wstyd. CeZik, czyli tak na prawdę Cezary Nowak, urodził się w Gliwicach i ma obecnie 28 lat. Rozpoczął on swoją działalność w internecie i w sumie nadal głównie tam ją prowadzi. Jednak wybił się na tyle, że jest już znany na przeróżnych portalach, w prasie czy też w telewizji. Jego pierwszym dziełem był filmik pt. "Od tyłu i klasycznie", który ukazał się na YouTube już 4 lata temu. Od tamtej pory wiele się zmieniło. CeZik nagrywa, komponuje, montuje, udziela się tu i tam, no i przede wszystkim - bawi! Co jest charakterystyczne dla CeZika? Postać zdecydowanie intrygująca, ciekawa, zabawna itd. itp. 28. letni artysta fascynuje mnie przede wszystkim umiejętnością, którą sam bardzo chciałbym osiągnąć. Mianowicie gra on dosłownie na wszystkim! Nie musi być to nawet instrument. CeZik potrafi zagrać na kieliszkach, szufladach, rowerze i wielu innych rzeczach. Mam wrażenie, że potrafi zrobić muzykę ze wszystkiego co przy przesuwaniu, pocieraniu, dmuchaniu i nie mam pojęcia co jeszcze, wydaje jakikolwiek dźwięk. CeZik tworzy sztukę! Nagrywa swoje piosenki, ale i również cover`y, montuje świetne filmiki i jest po prostu przezabawny! Znany z niesamowitego poczucia humoru, niepowtarzalnego talentu, czystego wokalu i oryginalności Czarek, jest także twórcą projektu KlejNuty, w którym montuje dźwięki z różnych nowości internetu tworząc z nich piosenki. Dlaczego to robi? To już pytanie dla niego, ale powinien wiedzieć, że jego dzieła potrafią nas bawić nad wyraz doskonale i liczymy na to, że jego kreatywność jeszcze nie raz nas zaskoczy.
Z pozdrowieniami dla CeZika - Koniu

środa, 27 listopada 2013

Wielki Marsz

Siema. Dziś chciałbym przybliżyć wam jedna z książek Stephena Kinga, a mianowicie "Wielki Marsz".




Osobiście opowieść ta bardzo przypomina mi "Igrzyska Śmierci". Książka bowiem opowiada o rozrywce, która mają za zadanie zapewnić widzom młodzi chłopcy idący wyznaczoną trasą aż na skraj wyczerpania. Rywalizacja stu zawodników rozpoczyna się wczesnym rankiem, gdy w wyznaczonym miejscu  i o wyznaczonej porze przyjeżdżają osoby, które wcześniej wygrały coś w rodzaju castingu. Ochotnicy przed startem wymieniają się radami, lecz nie zdradzają wszystkiego, ponieważ każdy startujący ma nadzieję wygrać i przeżyć. Na starcie ukazuję się Major, który jest głównym prowadzącym i inicjatorem całego wydarzenia. Niektórzy patrzą na niego jako na mordercę, z nienawiścią i obrzydzeniem, inni znowu uważają go za kogoś kto daje szansę na nowe życie. Po udzieleniu kilku rad, oraz po wytłumaczeniu zasad rozpoczyna się marsz. Chłopcy podczas wędrówki dobierają się w różne grupki, niektórzy chodzą sami, nie zwracając uwagi na pozostałych, jeszcze inni krążą zamieniając kilka słów z każdym po kolei. Każdy z zawodników może na swoim koncie zebrać maksymalnie trzy upomnienia. Każde z niech dostaje się za postój. Zatrzymanie czy zwolnienie poniżej prędkości minimalnej także przybliżało do wyeliminowania. Ale to nie oznaczało wcale końca gry, gdyż wystarczyło przejść bez żadnej uwagi godzinę i jedno z upomnień uchodziło w niepamięć. Po zebraniu maksymalnej ilości punktów zawodnik był zabijany na oczach wszystkich pozostałych. Niektórzy z nich odwracali wzrok, inni startowali tylko po to, aby zobaczyć jak obok nich giną inni i to dawało im motywację, by iść dalej. Ale jak długo muszą iść ochotnicy? Otóż metą jest śmierć dziewięćdziesiątego dziewiątego zawodnika.
Osobiście bardzo spodobał mi się język jakim autor opisuje niektóre sytuacje. Jest on bardzo życiowy, prosty i bardzo przybliża nam to co dzieje się na kartach książki. Moim zdaniem książka jest dobrym wyborem i naprawdę wciąga. Gdy pierwszy o niej usłyszałem pomyślałem: sobie jak można napisać tyle stron o ludziach którzy tylko idą? Napisać to jeszcze może i nie byłoby takie trudne, ale zrobić to tak, żeby wciągnąć czytelnika to prawdziwa sztuka.

Pomysł na tą recenzję przysłała Małgorzata Mendrek :]

KozMeeN

wtorek, 26 listopada 2013

Igrzyska śmierci

Siemanko! Ciekaw jestem ilu ludzi, którzy czytając ten tytuł pomyśleli o filmie reżyserii Gary`ego Rossa, który jakiś czas temu ukazał się w kinach. Jednak dziś podejmuję temat książki o tym właśnie tytule.



Powyższy obrazek to okładka książki autorstwa Suzanne Collins pt. "Igrzyska śmierci". Skromna, prosta i co ciekawe w ogóle nie kojarzy się ani z igrzyskami, ani ze śmiercią... Jedyna śmiercionośna rzecz jaką możemy dostrzec na okładce to strzała. Główną bohaterką książki jest Katniss Everdeen. Cała akcja dzieje się w przyszłości, strasznej przyszłości... Świat został niemal zniewolony, a system polityczny diametralnie zmieniony. W całej historii jaką znamy nie było trudniejszych czasów. Ludzie głodują, są zniewoleni i walczą o własne życie. Właśnie to ostatnie jest tematem przewodnim Igrzysk śmierci. Czytając rękodzieło Suzanne modliłem się, by ta książka trwała wiecznie. Rozdział po rozdziale, zdanie po zdaniu, słowo po słowie, co raz bardziej wkręcałem się w rozwój wydarzeń. Ktoś musiał usłyszeć modlitwy, a to z kolei poskutkowało tym, że zostały wydane kolejne części Igrzysk śmierci. Są nimi "Igrzyska śmierci: w pierścieniu ognia" i "Kosogłos". Książka stała się na tyle popularna, że postanowiono ją zekranizować i tym sposobem w 2012 roku powstał film adekwatny tytułem do książki. I mimo, że mamy trylogię książek, to krążą pogłoski, że seria filmowa dzieli się na cztery części. Szczerze mówiąc przeczytałem pierwszą część i bardzo przejąłem się losami Katniss. Gwarantuję, że można się naprawdę mocno wkręcić i odnieść wrażenie jak gdyby żyło w tej książce. Tak się za to składa, że byłem ostatnio w kinie na drugiej części Igrzysk i na razie powiem tylko tyle, że jest tam masa scen przy których łzy napływają do oczu. Etyka podpowiada mi, że muszę przeczytać drugą część i obejrzeć pierwszą. Kiedy już to zrobię, to pewnie również i druga część pojawi się na blogu w wersji pisanej i ekranizowanej. Tym czasem dziękuję za dzisiaj i zapraszam już jutro do przeczytania co tym razem KoZa nam ciekawego opisze!

Koniu

poniedziałek, 25 listopada 2013

My Słowianie

Siema ;] Opisywałem już książkę, grę. Koniu opisywał filmy. Czas na coś nowego z działu muzyki!
Donatan-Cleo "My Słowianie" jak sami mówią jest rozgrzewką przed ich nową płytą, oraz został nagrany trochę jako parodia "Nie lubimy robić"




Gdy pierwszy raz słuchałem tego utworu, jak i na pewno wielu innych przedstawicieli płci męskiej, przyciągnął mnie teledysk. Faktycznie w teledysku zostały pokazane same zalety naszych przepięknych słowianek. Niektórzy ludzie mogą teledysk jak i sam utwór uznać za żenadę. Tekst nie nawiązuje w prawdzie do niczego, w teledysku tylko pokazywane są kobiety z głębokim dekoltem ubijające masło i para starszych osób. 

Więc dlaczego popularność tego nagrania przerosła oczekiwania wszystkich?  
Moim zdaniem cała praca nad teledyskiem, oraz oprawą dźwiękową nie poszła na marne.Autorzy na wstępie uprzedzają nas że utwór należy rozumieć z lekkim dystansem i nie należy traktować go dosłownie, a raczej wyciągnąć z niego to, co dobre. Pod tytułem 'My Słowianie" wykonawcy chcą nam pokazać, że powinniśmy doceniać to, co mamy najlepsze, przepiękne polskie kobiety! Nie chodzi tutaj o obrażenie kobiet, tylko o próbę pokazania, że nasze polki to nie jedynie duże piersi ani gospodynie domowe, które potrafią jedynie prać, piec chleb i ubijać masło. Cała poprzednia płyta Donatana "Równonoc" moim zdaniem jest swojego rodzaju reklamą nas, polaków i tego co, zostało zapisane na kartach naszej historii oraz zapamiętane w naszej kulturze, więc powinniśmy być z tego dumni! 

Podczas pisania tego materiału pod teledyskiem znajduje się 19 446 767 wyświetleń!! Jak na polski internet to niesamowity wynik, tym bardziej że utwór napisany jest na rozgrzewkę. Ja osobiście bardzo pozytywnie patrzę, nie tylko na teledysk, ale na całość jako na coś, co bardzo fajnie wciąga i wiem po sobie, że ciężko uciszyć radio, gdy w głośnikach słychać: 

"My, Słowianie, wiemy, jak nasze na nas działa,
Lubimy, jak poruszasz tym, co mama w genach dała.
To jest ta gorąca krew, to jest nasz słowiański zew!"


KozMeeN










niedziela, 24 listopada 2013

Sala samobójców

Siemanko! Dzisiaj po raz kolejny biorę na widelec kategorię filmową, ale obiecuję, że to się zmieni z następnym moim wpisem. Przeszliśmy już wspólnie przez horror i komedię, ale tym razem pora na film o... co najmniej odmiennej kategorii. Dzisiaj postanowiłem pogadać chwilę o polskiej produkcji z 2011r. wyreżyserowanej przez Jana Komasę, a jest nią film pod tytułem "Sala samobójców".


Ten plakat wydaje się być na pierwszy rzut oka nieco komiczny, a film? Wręcz przeciwnie. Jak dla mnie produkcja co najmniej genialna. Dlaczego? Proste - bo życiowa! W sali samobójców nie zobaczymy scen z komercyjnych, amerykańskich filmów. Głównym bohaterem jest wrażliwy i zagubiony w świecie Dominik Santorski. Dominik jest synem zamożnych rodziców, matki z własną firmą i ojca, szanowanego polityka. Na studniówce Dominika całuje się on z chłopakiem w ramach zakładu. Filmik z tej imprezy trafia do sieci. Początkowo wydaje się to zabawne, jednak później ma miejsce incydent na judo przez co Dominik zaczyna popadać w depresję. Pocieszenie znajduje w wirtualnym świecie nazwanym "Sala samobójców" co prowadzi do dalszego rozwoju wydarzeń i zmienia diametralnie życie młodego Dominika. Według mnie film jest o tyle dobry co szczery. Pokazuje nam jak bardzo człowiek, młody człowiek, może się stoczyć poprzez zwykłe niezrozumienie, jeśli jest on nie kochany lub kiedy rówieśnicy mają go za kozła ofiarnego i tylko się naśmiewają. Ilu takich osób jest w naszym życiu? Dominik wiódł dobre, spokojne życie. Jednak nagromadzenie problemów i jego stan emocjonalny sprawiły, że zaczął się pogrążać. Mnie film bardzo zaciekawił i naprawdę ujął. Z ręką na sercu - nigdy wcześniej, ani później, nie widziałem filmu taki i jak ten. Jego kategoria rozumiana jest szeroko. Serwis Filmweb określa go jako thriller, romans i animację w jednym. Ja mam szczery problem z określeniem jego gatunku. Nazwałbym go raczej po prostu dobrym filmem! Jeśli jeszcze nie obejrzeliście sali samobójców to najlepiej już wpisujcie ten tytuł do waszej wyszukiwarki. I mimo, że mam mocną psychikę, to "Sala samobójców" zadziałała na mnie bardziej niż niejeden horror. Gorąco polecam!

Koniu

sobota, 23 listopada 2013

Serious Sam!!!

Elo! Na razie na naszym blogu pojawiały się tylko recenzje filmów i książek. Dziś pora na grę.
To logo od razu przypomina mi moje dzieciństwo! Pamiętam jak w klasach podstawówki pierwszy raz odpaliłem te gierkę. Godziny spędzone na wykańczaniu Szkieletów, niszczeniu gigantycznych Arachnoidów,
i rozwalaniu Bezgłowych Kamikaze. Brzmi to bardziej jak jakaś masakra dla nienormalnych ludzi, w rzeczywistości normalni ludzie też mogą w to zagrać. 
Po krótkim zastanowieniu mogę stwierdzić, że  fabuła pierwszej części jest bardzo prosta i w czasie gry specjalnie się nie rozwija. Na początku dowiadujemy się, że ludzkość w XXI wieku odkrywa w Egipcie szczątki jakiejś starej, ale bardzo zaawansowanej, cywilizacji. W 2104 roku ziemia zostaje zaatakowana przez potwory z innego wymiaru. Ostatnią nadzieją jest stworzenie artefaktu zwanego  "Blokadą Czasu", który ma moc przeniesienia jednej osoby w czasie, oczywiście tą jedna osobą jest Sam "Serious" Stone. Fabuła gry faktycznie nie jest zbyt obszerna, ani jakoś wybitnie pociągająca. Na szczęście w grze nie chodzi o fabułę. Na start dostajemy wojskowy nóż i pistolet, przenosimy się do starożytnego Egiptu. Jest rok 1378 p.n.e. gdzie musimy poradzić sobie z armią bezgłowych, ogromnych i śmiertelnie niebezpiecznych potworów z innego wymiaru.
Kolejna część czyli Serious Sam Drugie Starcie w zasadzie niczym nie różni się od poprzedniej części. Jedyna różnica to lokalizacja. Po dotarciu do wielkiej piramidy i pokonaniu olbrzymiego kosmity lecimy statkiem kosmicznym i lądujemy w Południowej Ameryce, następnie podróżujemy przez Bablion i Średniowieczną Europę. Cel gry natomiast nie ulega zmianie, zamykamy oczy i lecimy przed siebie 
unicestwiając wszystko co się rusza.
W trakcie rozgrywki zdobywamy rozmaite uzbrojenie, od najnormalniejszej dwururki czy karabinu maszynowego, po nieco bardziej oderwany od rzeczywistości karabin laserowy,działo armatnie czy podręczną wyrzutnie rakiet. Serious Sam choć przedstawiony został przeze mnie jako masakryczna gra dla dorosłych, zawiera bardzo dużo wątków humorystycznych, a w zasadzie jest pewnego rodzaju parodią. Gdy teraz po kilku latach udało mi się znowu spędzić trochę czasu przy Poważnym Samie, bawiłem się jak małe dziecko. Szczególna frajdę sprawia, że rozgrywkę można prowadzić w trybie kooperacji.
Pierwsze dwie części zostały w 2010 r. odnowione przez wydawców pod względem graficznym. Bardzo ucieszył mnie fakt że producenci nic, poza właśnie grafiką, nie pozmieniali. Żadnego mieszania w fabule, dodawania nowych lokacji, zmianie systemu przechodzenia pewnych poziomów. Wszystko zostało takie jak sobie kiedyś zapamiętałem. Myślę, że pewnie niejeden z czytających ten wpis miał do czynienia z Samem i podziela moja opinię o nim. Uznałem że warto było by o tym napisać, chciałbym porównać pierwsze i drugie starcie z Seriousem Samem 2 i 3, więc w najbliższym czasie możecie spodziewać się opisu kolejnych części. 

KozMeeN

piątek, 22 listopada 2013

Duże dzieci!

Siemano ludzie! Dzisiejszego wieczoru wpada mi w ręce temat nadesłany przez moje dwie koleżanki Karolinę Domagałę i Kasię Kałużę. Dzisiaj więc pogadam sobie chwilę o komedii "Duże dzieci" reżyserii Dennisa Dougana.



KoZa zabrał się wczoraj za książkę, ale ja nadal pozostaje w temacie filmów. Jednak dzisiaj przeskakujemy na drugą stronę kinematograficznej osi i przenosimy się od horroru do komedii. Osobiście bardzo ucieszył mnie fakt, że w filmie jedną z głównych ról zagrał Adam Sandler, którego pewnie też znacie z takich filmów jak np. "Opowieści na dobranoc" czy też "Nie zadzieraj z fryzjerem". Ja sam bardzo lubię filmy z Adamem, a za tę właśnie produkcję został nominowany do aktora lata. Film "Duże dzieci" opowiada o... no właśnie! O czym!? Przesłania jakoś nie potrafię się w nim doszukać, ale to przecież komedia. Mimo, że nie ma do końca kompletnego zarysu fabuły, nie można mu odebrać tytuły znakomitej komedii! Akcja rozpoczyna się gdy pięciu przyjaciół z dzieciństwa spotyka się po 30. latach na pogrzebie swojego ukochanego trenera koszykówki. Jako że pogrzeb przypada na weekend zatrzymują się razem ze swoimi żonami i dziećmi w domku nad jeziorem należącego do owego ś.p. trenera. I co dalej? Z fabuły w zasadzie to by było na tyle. W dalszej części film jest wręcz napchany gagami i zabawnymi scenami, które wyciskają łzy śmiechu z nawet najbardziej suchego oka! Trzeba przyznać, że Dennis odwalił kawał dobrej roboty, a aktorzy podołali zadaniu bo jeśli ktoś chce się po prostu najzwyczajniej w świecie pośmiać, to film "Duże dzieci" jest właśnie dla niego!

Chcesz by pozytywni coś dla Ciebie zrecenzowali? Napisz - pozytywnierecenzyjnie@gmail.com

Koniu

czwartek, 21 listopada 2013

Zwiadowcy księga 1

Siema wszystkim :] Koniu zaczął od filmu z dreszczykiem, to ja dla odmiany opowiem wam, co nieco o przyjemnej lekturze, jaką była dla mnie pierwsza część Zwiadowców.



Książkę tą chciałem przeczytać od bardzo dawna, ale z różnych powodów, takich jak jej brak w księgarni czy brak funduszy, odkładałem to niemal w nieskończoność. Na szczęście podczas ostatniego wyjazdu na większe zakupy, udałem się do empiku i pokusiłem się o zakup pierwszej części. Nowa książka przeleżała kilka dni na mojej półce pod pretekstem braku czasu, w sumie dobrze, bo gdybym zaczął ją szybciej, już pewnie kończyłbym kolejną część. Zwiadowcy Johna Flanagan'a to opowieść o pewnym chłopcu, który trafia do sierocińca na zamku Redmont. Will wraz ze swoimi rówieśnikami: Jenny, George’em, Alyss i Horacem staja przed najważniejszym dniem w życiu- Dniem Wyboru, który miał odmienić ich los na zawsze i nieodwracalnie. Tego dnia baron Arald zapraszał mistrzów różnych zawodów, którzy mogli wybrać spośród wychowanków sierocińca ochotnika na ucznia. Każdy podopieczny barona dostał się na wymarzone stanowisko oprócz Willa, który z powodu swojej drobnej budowy ciała nie został przyjęty przez żadnego z mistrzów. Nasz bohater natomiast zostaje nieświadomie poddany testowi pewnego zwiadowcy, którego spotyka podczas Dnia wyboru. Test ten przechodzi pomyślnie i dostaje możliwość nauki u Halta. Chłopiec z jednej strony cieszy się, że może uczyć się u jednego z mistrzów, ale z drugiej jest nieco załamany, gdyż marzyła mu się nauka w szkole rycerskiej. Postawa Halta budzi u ucznia niepokój, mistrz jest wymagający, bardzo skryty, a przede wszystkim w ogóle się nie uśmiecha. Młody czeladnik zasypuje mistrza gradem pytań, uczy się pilnie sztuki zwiadowczej, strzelania z łuku, rzucania nożami i poruszania się niezauważalnie. Akcja ze strony na stronę staje się coraz ciekawsza, nie chcę wam streszczać całego utworu, lecz tylko nieco przybliżyć wstęp. Natomiast, jeśli ktoś, jak ja, waha się czy książkę kupić i wydać 33 zł. moim zdaniem książka jest tego warta, a jeśli ktoś nie chce wydawać tylu pieniędzy to książkę na pewno będzie można dostać w pierwszej lepszej bibliotece. Ja bardzo pozytywnie wspominam każdą spędzoną chwilę przy tej książce i polecam każdemu.

KozMeeN

środa, 20 listopada 2013

Paranormal Activity

 
Siemaneczko! Na początek wrzucamy na ruszt serię filmów grozy Paranormal Activity napisaną oraz wyreżyserowaną przez pana o nazwisku Orena Peli.

Bez względu na to czy jesteście zapalonymi fanami horrorów i filmów grozy, czy też nie jesteście, wiem jedno - każdy z Was na pewno choć słyszał o którejś części serii Paranormal Activity. Moje odczucia co do produkcji? Nie powiem, przetrzepało nieco zadek. Podoba mi się koncepcja tego, iż akcja zaczyna się w przytulnym domku pary głównych bohaterów Micah i Katie, których tak btw. grali aktorzy o tych samych imionach. Ale do rzeczy. Po pewnym czasie, jak już się pewnie domyślacie, w domu Micah i Katie mają miejsce dziwne, nadnaturalne wydarzenia. Para postanawia więc umieścić kamerę noktowizyjną naprzeciwko ich łóżka dzięki czemu udaje im się nagrać przerażające sceny paranormalnych aktywności w ich domu. Jednak raczej nie mam zamiaru rozwodzić się nad fabułą filmu bo sądzę, że lepiej będzie jeśli go obejrzycie niż jeśli o nim przeczytacie, a obejrzeć warto. W dalszej części serii, a konkretnie w drugiej części, możemy dowiedzieć się co było zaraz po zakończeniu pierwszej, a później uwsteczniamy się do wydarzeń sprzed ponad dwóch miesięcy w stosunku do akcji z części pierwszej. Poznajemy wtedy siostrę bohaterki Paranormal Activity 1 oraz jej męża, Kristi i Dana. Trzecia część serii jest prequelem jedynki, a więc jest nam dane cofnąć się do czasów gdy Katie była jeszcze dzieckiem oraz okazuje się, że już wtedy wraz ze swoją siostrą Kristi miały do czynienia ze zjawiskami paranormalnymi, na które to Katie wykazywała większą wrażliwość. Ostatnia, jak dotąd, część rozgrywa się pięć lat po wydarzeniach z części drugiej. Jednak nie mogę zdradzić wam nic z owej czwartej części ponieważ musiałbym powiedzieć jak kończy się druga. Z całej mojej paplaniny na pewno można wywnioskować to co najbardziej mi się podoba, a więc fakt, że części są ze sobą bardzo precyzyjnie, ściśle i co najważniejsze ciekawie powiązane. Dodam też, że każda z części Paranoral Activity kończy się zostawiając widzów z niedosytem i w zakłopotaniu. Bardzo cieszy mnie fakt, iż kończy się tak również czwarta część. Pozostaje mi jedynie polecić wam całą serię oraz przyznać, że z utęsknieniem czekam na Paranomal Activity 5! A biorąc pod uwagę fakt, że twórcy sagi z części na część odważają się wstawiać co raz mocniejsze, straszniejsze i przepełniające grozą od palców u stóp do czubka głowy sceny, mam szczerą nadzieję, że o ile cała seria przetrzepała mi tył, o tyle część piąta mi go urwie. Czy Paranormal popadło w komercję? Być może. Jednak pozostaje w tym ważna kwestia strachu. Lubimy się bać, a ta seria umie nas przestraszyć i w dodatku przyjemnie się ją ogląda ;)

Pomysł nadesłał Mateusz "Dziki" Siekierka. Serdecznie pozdrawiamy! Również Was zapraszamy do przysyłania waszych pomysłów na recenzje pod adres pozytywnierecenzyjnie@gmail.com!

Koniu

wtorek, 19 listopada 2013

SIEMA !

Z tej strony KoZa, jak już przedstawił mnie zacny przyjaciel Koniu, ale także Koziu, Kozmeen, Lebson, Lebi itd. O czym będzie blog, Koniu już zapowiedział. Ja dziś chciałem się wam przedstawić i zachęcić do czytania, lukania czy niema czegoś nowego, komentowania, pisania swoich opinii.

Czego możecie się po mnie spodziewać ?

Na pewno będę chciał zająć się takimi sprawami jak książki, filmy, muzyka i gry. A czy na tym się skończy? Tego na razie nie wiem, ale myślę że wraz z ilością wpisów będzie poszerzała się tematyka związana z tym o czym będziemy pisać.

Blog, przynajmniej z mojej strony,  nie będzie jakąś wikipedią czy inną encyklopedią, kto? kogo? z kim? w jakim rozdziale? i dlaczego? Raczej nacisk będę kładł na to co i dlaczego  mi się podobało, będę zachęcał was do przeczytania, obejrzenia, zagrania czy posłuchania. Raczej nie będę do czegoś zniechęcał bo po co?  Lepiej o czymś nieprzyjemnym nie napisać i mieć czyste sumienie, niż potem żałować że się kogoś, czasem nieświadomie, obraziło.

Z mojej strony na dziś to chyba wszystko, mam nadzieję że pozytywnie-recenzyjnie się rozkręci, musicie mi dać trochę czasu bo szczerze powiedziawszy jest to pierwsza taka zabawa w moim życiu, więc jeszcze raz zapraszam do czytania i lukania na nowości

No to elo :]

poniedziałek, 18 listopada 2013

Uszanowanko!

Witam! A właściwie witamy!
 Z tej strony Koniu! Projekt pozytywnie-recenzyjnie rusza pełną parą! Na blogu trochę pomarudzimy, pogadamy i będziemy oceniać różne bardziej i mniej ciekawe rzeczy. Miejmy nadzieję, że tak jak w tytule będą zawsze pozytywne recenzje :) Tak więc nie ma co więcej opowiadać. Ruszamy od jutra i liczymy na waszą obecność! Pozostaje tylko jedna kwestia - dlaczego ciągle piszę w liczbie mnogiej? Otóż wraz ze mną bloga poprowadzi mój serdeczny przyjaciel, na którego zwykliśmy wołać KoZa! Więc nie przedłużając zapraszamy do codziennego odwiedzania naszego skromnego bloga i angażowania się w jego rozwój!
Liczymy na Was!




Koniu