Witam wszystkich po krótkiej przerwie świątecznej. Chciałbym was przeprosić w imieniu moim i Konia z powodu braku wpisów. Święta, sylwester, kilka dni wolnego, niby dużo czasu, a tak naprawdę uciekał on dwa razy szybciej. Dzisiejsza recenzja będzie dotyczyć ekranizacji książki J.R.R Tolkien'a poprzedzające wydarzenia Drużyny pierścienia. Czy autorzy filmu dają sobie radę z wysoko postawioną poprzeczką, jaką sami sobie ustawili przy produkcji "Władcy Pierścieni"?
Opowieść małego, spokojnie sobie żyjącego Hobbita rozpoczyna się odwiedzinami tajemniczego podróżnika. Dużo wyższy niż pozostali mieszkańcy Shire czarodziej wdaje się w rozmowę z naszym Hobbitem. Na samo słowo "przygoda" nasz niziołek dostaje obłędu. Próbuje uniknąć nieproszonego gościa ale Gandalf nie daje za wygraną. Po zmroku, gdy nasz szanowny Pan Baggins zaczyna kolację, słyszy pukanie do drzwi. Ku ogromnemu zdziwieniu do jego domu wchodzi krasnolud. Oczywiście jak to już jest w zwyczaju krasnoludów, grzecznie przywitał się z gospodarzem, ale bardzo śpieszno mu było do kolacji. Po kilku minutach w chacie hobbita jest już dwanaście krasnoludów pałaszujących wszystko co się da. Po zjedzonej kolacji pojawia się ostatni z bandy brodaczy. Prawowity król Erebor'u, Thorin Dębowa Tarcza. Wtedy Bilbo dowiaduje się jaki jest ich cel misji, oraz że ma zostać jednym z członków kampanii. Jako włamywacz wraz z krasnoludami ma wyrusza, żeby odebrać swoje królestwo z rąk Smaug'a.
Czy opowieść poradziła sobie z poprzeczką? Moim zdaniem bez większych problemów. Otwarcie powiem wam, że jestem fanem tego typu gatunków. Mówiłem już, że uwielbiam bezsensowne komedia, czy mrożące krew w żyłach horrory, ale pierwsze miejsce zajmują u mnie fantasy. Nawiązując trochę do ,pierwszych produkcji Petra Jackson'a, Władca Pierścieni zaimponował mi bardzo, to samo stało się na Hobbicie. Ścieżka dźwiękowa w stu procentach oddała klimat produkcji. Gdy posłuchamy jej na spokojnie i zamkniemy oczy możemy poczuć się jakbyśmy towarzyszyli krasnoludom w ich przygodzie. Charakteryzacje postaci, z niesamowitą dokładnością o szczegóły, możemy zaobserwować już na początku. Erebor, dawna siedziba naszych krasnoludów, zapiera dech w piersiach od i pokazuje niesamowite zaangażowanie grafików.
Całość tej historii splata się i współgra w idealnej harmonii. Niczego tu za dużo, niczego nie brakuje. Może na siłę uczepiłbym się delikatnego odejścia od fabuły książki, ale nie mogę. Fakt, pojawiają się delikatne różnice, ale bez ich dodania nie udało by się nakręcić aż trzech części przygód Thorina Dębowej Tarczy i jego drużyny. Poza tym historia nie jest ekranizacją, jest filmem bazującym tylko na wydarzeniach z książki.
Recenzja po długim oczekiwaniu pojawiła się na prośbę Klaudiusza Grzybka.
KozMeeN

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz